Dziecko na pokładzie, czyli jak przetrwać podróż z maluchem

Jak już wcześniej pisałam, mój syn nie należy do dzieci, które wraz z pierwszym przyciśnięciem pedału gazu odpływają w krainę słodkiego snu… O nie… Mój syn od pierwszych tygodni życia w momencie zapięcia do fotelika dawał popis swoich możliwości akustycznych w zakresie całej gamy dźwięku. Dochodziły do tego efekty specjalne, bo pogrążony w płaczliwym transie zaczynał dusić się własnymi giluchami, co w efekcie kończyło się nawet tym, że wymiotował. Każda trasa, nawet ta najkrótsza, powodowowała u mnie mdłości. Na myśl o 3 – czy 4 – godzinnej podróży robiło mi się słabo, a na kilka dni przed wyjazdem nie mogłam spać i ogromnie się stresowałam. Autentycznie. Próbowaliśmy z mężem jazdy w nocy lub w porze pójścia spać. Nic gorszego. Maluch budził się po 40 minutach od zaśnięcia i nie wiedział co się dzieje, w koło ciemno, a on czuł się skrępowany przez fotelik. Kończyło się to wielką histerią. M. potwornie się zanosił i ciężko go było uspokoić. Jazda w dzień była jeszcze gorsza, bo niezależnie od tego kiedy byśmy nie wyruszyli  Mikołaj i tak nie chciał spać. Nasz samochodowy rekord to 6 i pół godziny bez drzemki!!! Wiązaliśmy głęboką nadzieję na to, że będzie jakaś poprawa po zmianie fotelika. Niestety. Niewiele to pomogło. Po 20 miesiącach mamy opracowany względny plan podróży, który pozwala nam przetrwać trasę bez zbędnych atrakcji.

 

Okres okołoświąteczny wiąże się z odwiedzinami najbliższych, w związku z tym podzielę się z Wami naszą strategią podróżną. A nóż skorzystacie i unikniecie niepotrzebnego stresu zarówno swojego jak i maluszka.

 

Źródło: pixabay.com

 

1. Podróż w czasie popołudniowej drzemki / wcześniejszy pobyt na dworze

 

Mikołaj zaczyna z niej coraz częściej rezygnować, ale mimo wszystko, dłuższe trasy planujemy właśnie około godziny drzemki. Jest to mniej więcej godz. 12.00 – 13.00. Do tego momentu dzień przebiega jak co dzień. Staramy się nie dostarczać małemu zbyt wielu wrażeń, a najważniejsze żeby był odpowiednio zmęczony, dotleniony i wybiegany. Kiedy nie chodził, ważne było żeby zaliczył pobyt na dworze. Teraz, jeśli starcza nam czasu, zabieramy go na spacer, tak żeby chłopak dobrze się zmęczył. W kryzysowych sytuacjach zawsze możemy liczyć w tej kwestii na dziadków. Chodzi o to, żeby przed wyjazdem nie oponował przy wpinaniu do fotela, a pobyt w aucie traktował jako odpoczynek.

2. Spakowanie dzień przed wyjazdem.

 

Staramy się zawsze zapakować jak najwięcej rzeczy w przeddzień wyjazdu. Dziecko wyczuwa nasze poddenerwowanie jeśli pakujemy się tuż przed trasą, dlatego żeby nie dostarczać mu dodatkowego stresu, to co się da, ładujemy do auta dzień wcześniej, a zostawione na koniec drobiazgi ograniczamy do minimum.

3. Przygotowanie samochodu odpowiednio wcześniej / ograniczenie liczby przystanków

 

Myjnia, tankowanie, sprawdzenie poziomu oleju itd. to rzeczy, które załatwiamy z samego rana, a najlepiej wieczorem w dzień poprzedzający planowaną podróż. Nasza dewiza, to jechać ile wlezie, bez zbędnych przystanków. Niektórych spraw nie da się uniknąć, ale staramy się ograniczać do minimum liczbę postoi od startu aż do mety. Póki Mikołaj jest spokojny, nie zanosi się płaczem – po prostu jedziemy.

4. Wygodne, lekkie ubranie dla malucha.

 

Wydaje się to oczywiste, ale może ktoś nie przywiązuje do tego wielkiej wagi. Wyruszając w trasę ubieramy małego w lekkie, wygodne i przewiewne ubranko. Awaryjnie mamy coś, co bez problemu mu założymy, jeśli byłoby mu chłodniej. Dżinsy, polary, sztuczne, akrylowe swetry idą więc w odstawkę. Ma być miło i przyjemnie. Jak był młodszy i chodził wcześniej spać, podróżował w piżamie, tak żeby później nie rozbudzać go podczas przebierania tylko ululać i położyć do łóżeczka.

5. Ulubione zabawki dziecka.

Nasze auto z powodzeniem zastąpiłoby średniej wielkości bawialnię, bo mamy na pokładzie asortyment rozpoczynający się przynajmniej pięcioma pozycjami książkowymi na tablecie kończąc. Podróż rozpoczynamy od wspólnych zabaw. Wyciągamy książeczki ze zwierzętami, naśladujemy ich dźwięki itd. Później w ruch idą samochodziki, pacynka, ulubione (na ten czas) przedmioty Mikołaja – budzik szczotka czy gumowa nasadka do mycia zębów. Po prostu wszystko to, co w jakiś sposób może zaciekawić malucha. Ostatnio furorę robiła plastelina. Wiadomo, że malca trzeba mieć cały czas na oku i kontrolować co robi z mniejszymi przedmiotami. Zabawy trwają średnio godzinę i jeśli mały nie chce jeszcze spać, a jest już definitywnie zmęczony, zaczyna marudzić, czy popłakiwać wyciągamy broń o mocniejszym kalibrze – tablet – i jeśli przyłożyliśmy się wcześniej do punktu pierwszego tej listy, mały odpada maksymalnie po 30 minutach od rozpoczęcia bajkowej projekcji.

6. Tablet z nagranymi bajkami ( nasza top lista tu),

Tak, jestem gotowa na lincz, ale uwierzcie mi, wolę puścić mojemu dziecku ulubioną animację czy piosenkę niż serwować mu emocje od płaczu aż po histerię, a przy okazji narażać wszystkich na niebezpieczną jazdę w hałasie, jaki trudno opisać. Ten, kto jest w posiadaniu podobnego „podróżnego egzemplarza” wie o czym mówię i na pewno poprze moją decyzję. Uwierzcie mi, nawet Kubica czy Hołowczyc wymiękł by w takich warunkach. Zatem mamy tablet z bajkami na dobre 5 – 6 h, bo nie wszystkie pasują danego dnia. Mamy więc cały repertuar. Kiedy zawodzi, sięgamy po telefon z youtubem… Wcześniej korzystaliśmy tylko z tej opcji, ale z uwagi na ograniczone możliwości transferu internetowego w pewnym momencie zaczęliśmy pobierać bajki na stałe.

7. Przekąski / obiadek jedzone w samochodzie.

Mikołaj, jeśli już zaśnie w aucie, to przy dobrych wiatrach pośpi 1,5 h. Wszelkie łakocie czekają w czeluściach torby i broń Boże nie podajemy ich przed planowaną drzemką. Już kiedyś nauczyłam się, że jeśli mam się ratować kawałkiem czekolady, to niech to będzie w kryzysowym momencie po planowanej drzemce małego. Jeśli dostanie coś słodkiego szybciej, nie zaśnie z wiadomych powodów. Po pobudce mały dostaje przygotowany w domu obiadek i tak jak wspomniałam wcześniej, nie zatrzymujemy się. Podajemy go w aucie przez co przejeżdżamy kolejne 20 minut w spokoju. Nie tracimy tego czasu na jedzenie podczas ewentualnego postoju, bo…

8. Postój jest czasem na zabawę dla malca.

Jeśli widzimy, że robi się kiepsko i musimy się zatrzymać, poświęcamy ten czas na wizytę w toalecie i zabawę z Mikołajem. Mężu jest w gorącej wodzie kąpany i najchętniej odjechałby z parkingu po 5 minutach od rozpoczęcia postoju, ale ja dbam aby trwał przynajmniej 30 minut. Ganiamy z Mikołajem, staramy się żeby był jak najwięcej w ruchu i nie protestował wracając później do samochodu. Oponuje zawsze, ale jak dobrze pobiega, nie walczy zbyt długo 😉

9. Łakoć/nowe jedzenie na czarną godzinę.

Kiedy sytuacja robi się napięta, a do mety pozostaje nam już niewiele, sięgamy po tajną broń – gorzką czekoladę, jajko niespodziankę czy lizaka. W roli łapówki dobrze sprawdzają się też rzeczy, których malec na co dzień nie dostaje i będzie nimi żywo zainteresowany. U nas kiedyś sprawdziła się kanapka z majonezem ;D.

10. Wyluzowani rodzice = wyluzowane dziecko.

Napięcie panujące między rodzicami bardzo szybko udziela się najmłodszym. Starajmy się więc opanować emocje, a wszelkie spory odkładać na później. U nas jest jakoś tak, że przed wyjazdem zawsze znajdzie się powód do kłótni. Próbujemy wtedy ugryźć się w język i dać sobie na wstrzymanie z komentarzem na temat zbyt dużej liczby bagaży, niedostatecznego przygotowania do trasy czy przesunięcia godziny wyjazdu, bo bąbel postanowił strzelić sobie dwójeczkę tuż po skrzętnym zapakowaniu w fotelik podróżny (z tego miejsca pragnę pozdrowić Irminę – współautorkę tego bloga, której mała Liwia od dłuższego czasu namiętnie pielęgnuje rytuał robienia kupy po ujechaniu pierwszych pięciu kilometrów). Także kochani, cieszcie się, że czeka Was wolny czas w rodzinnym gronie. Gdzie byście akurat nie jechali, jesteście razem, macie chwilę na rozmowę lub po prostu bycie rodziną. Przyjazd godzinę później, auto ubabrane czekoladą, wiórkami kokosowymi, piachem, błotem i toną chusteczek nawilżonych to tylko „drobiazgi”, które nie powinny Wam psuć tego czasu. My się jeszcze tego uczymy, ale idzie nam coraz lepiej, czego i Wam życzę.
Szerokiej drogi.
K.