A precz zarazo!

 

Nie wiem czy przesadzam, czy nie. Możecie powiedzieć, że jestem paranoiczką lub jakąś tam inną, ale nikt chory nie przekroczy progu mojego domu.

 

Chorzy wstępu nie mają

Jakoś tak dziwnie bywa, że to matka wisi nad łóżeczkiem podczas nocnych dyżurów, kiedy maluchy chorują. Chyba, że tylko mojego Krzycha nie budzi płacz dzieci. Jak jest u Was?
Żadna infekcja nie sprzyja dobrym nastrojom. Kaszel zatkany nos, zielone gile to nic fajnego. Ten stan uniemożliwia spokojny sen dziecka, a tym samy sen matki.
Przy ostatniej zarazie sięgnęłam już po sposoby chyba z poprzedniej epoki. Oczywiście pomieszczenia wywietrzone, nawilżone, do kąpieli przeciwzapalne zioła, a przy łóżku pokrojony czosnek. Kiedy moje dzieci chorują, mam wrażenie, że nie robię nic innego tylko je oporządzam. Od rana niezjedzone śniadanie, inhalacje, sterty chusteczek, walka z podaniem leków, zmęczenie, płacz i lament. Miewaliśmy tak non stop kiedy nasza Mała poszła do przedszkola. Przyniosła do domu chyba wszystkie zarazy świata KLIK. No ospy nie mieliśmy.
Śmiejemy się, że jedyne dobre podczas chorowania dzieciaków, to to, że obydwoje śpią w dzień po 3 godziny, co się nie zdarza.
Od września do końca roku, nabawiłam się chorobowej obsesji. Tyle co przeszliśmy z maluchami to nasze i od tamtego czasu w ogóle, ale to w ogóle nie zadajemy się z chorusami. Zawsze zwracaliśmy na to uwagę, ale teraz to już do przesady. Każdy kto ma nas odwiedzić, przechodzi quiz. Jedna zła odpowiedź wyklucza spotkanie. No sorry. Jak ktoś jest już chory to mu wszystko jedno i niestety ludzie nie myślą o innych, że mamy małe dzieci i mogą się od nich zarazić, że ja mogę się zarazić, a później zdechnę z temperaturą 40 stopni i dwójką dzieci na głowie. Zdarza się, że odwołujemy bardzo długo wyczekiwane spotkania, oczywiście z bólem serca. A delikwentów po ospach i innych zakaźnych sprawach przetrzymujemy o czas wylęgania choroby. Może powiedziecie, że oszalałam, że moje dzieci przez to będą chorować, że nie mają odporności. W nosie mam. Wspieram ich odporność najlepiej jak potrafię, a roznosicieli odsyłam z kwitem.
Oczywiście to działa w dwie strony. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy pojechać w odwiedziny do znajomych, którzy na dodatek mają dziecko, kaszląc jak gruźlik. Odwiedzamy tylko kiedy jest u nas kondycja 100%.

Niemiecka zaraza

Raz jedyny zdarzyło nam się wpuścić takich jednych zasmarkańców do domu 💗
Z Katarzyną widujemy się tyle co kot napłakał. Dzieli nas 600 km, także nasze spotkanie to wielkie święto. Planujemy je pół roku i zawsze są jakieś przeszkody.  W tym roku była to infekcja ich Małego, ale w sumie mało inwazyjna. Lekki katarek i nic poza tym. Okazało się, że mój Chrześniak to twardy koleś. U niego skończyło się na katarku, a nas (czyli ja i Katarzyna, nasze chłopy i moje dzieci) zmiotło z powierzchni ziemi. Dreszcze, okropny, najokropniejszy ból gardła z możliwych i wiele innych. Pobyt okazał się mało relaksujący. To wszystko za sprawą dziadka mojego Chrześniaka, który przekazał Mikulowi, jak nosicielowi niemiecką, zmutowaną zarazę, którą chciał również w późniejszym czasie wykończyć pół rodziny. Zaraza obiegła pół Polski, ale następnym razem i tak ich wpuszczę do domu. Taki wyjątek 😎
Jakie macie podejście do nieodpowiedzialnych odwiedzających?
I.